Jesteśmy grupą młodych ludzi (24+), którzy w żywy sposób pragną uczestniczyć w życiu Kościoła. Ponieważ pragniemy nie być jedynie statystami, niemymi świadkami wydarzeń rozgrywających się tuż obok nas, postanowiliśmy stworzyć wspólnotę adresowaną do absolwentów, osób pracujących i ludzi w wieku poakademickim...

Świadectwa

Do każdego więc, który się przyzna do Mnie przed ludźmi, przyznam się i Ja przed moim Ojcem, który jest w niebie. Lecz kto się Mnie zaprze przed ludźmi, tego zaprę się i Ja przed moim Ojcem, który jest w niebie.
Mt 10:32-33
Świadectwo Marii

Rekolekcje adwentowe "Ojcze nasz cz. I"

Wspólnota chrześcijańska, to dla mnie wielka łaska i dar. Była obecna w moim życiu od najmłodszych lat, a biorąc pod uwagę, że moją pierwszą wspólnotą jest moja rodzina, to można powiedzieć, że towarzyszy mi od zawsze. Nie uświadamiałam sobie jej wagi i znaczenia, aż do pewnego momentu.

Mieszkałam kilka lat temu przez dłuższy czas za granicą. Na Mszę Świętą niedzielną uczęszczało od 6 do12 młodych osób – prawie każda innej narodowości. Co więcej, była to katedra katolicka w dużym mieście - w Kopenhadze.

Na obczyźnie, z dala od znajomych i mojej kochanej rodziny, było dosłownie kilka momentów, które, można powiedzieć, "trzymały mnie przy życiu". Była to niedzielna Msza Święta i Ojcze Nasz śpiewane w obcym języku, drżącym głosem i ze łzami w oczach, kiedy trzymaliśmy się wspólnie za ręce.

Płakałam z tęsknoty za wspólnotą, gdzie z moimi braćmi i siostrami w Chrystusie mogłabym wzrastać w wierze. W kraju protestanckim, gdzie do swojej wiary w stolicy państwa przyznaje się niespełna 1% mieszkańców, a kościoły zamieniane są na hale sportowe i koncertowe, baseny, siłownie i mieszkania, nie było takiej możliwości.

Jak wielką łaskę mamy w Polsce, gdzie działa tyle ruchów i wspólnot! Jak wielki to dar, że możemy korzystać ze spotkań, nauk, słuchać wykładów o Biblii, modlić się, wspierać w trudnościach. Czy doceniałam wcześniej to, co miałam u siebie? Czy byłam świadoma, że środowisko, w którym przebywam ma na mnie tak ogromny wpływ? Zostając sama jedna widziałam jak łatwo było mi stracić z oczy Tego, który powinien być najważniejszy! W decyzji o powrocie do Polski pomogło mi doświadczenie i świadomość tego, że trudniej zboczyć z kursu mając wsparcie w ludziach o podobnych poglądach, marzeniach, zapatrywaniu na pewne sprawy i mających te same dążenia. Brakowało mi bardzo tego, co miałam w przesiąkniętej katolicyzmem Polsce.

Wspólnota Droga to jest pierwsza wspólnota, dla której jestem dla Boga, a nie dla ludzi. Dotychczas próbowałam sobie wytłumaczyć, że Jezusa mogę znaleźć w innych osobach. Ale to był etap przejściowy do zrozumienia, że tak naprawdę na pierwszym miejscu powinna być osobista relacja z Chrystusem, potem dopiero szukanie Go w innych.

W czasie naszych rozważań nad modlitwą Ojcze Nasz zastanowiło mnie, dlaczego modlitwa ta nie brzmi w następujący sposób:

Ojcze mój, któryś jest w niebie
święć się imię Twoje;
przyjdź królestwo Twoje;
bądź wola Twoja jako w niebie tak i na ziemi;
chleba mojego powszedniego daj mi dzisiaj;
i odpuść mi moje winy, jako i ja odpuszczam moim winowajcom;
i nie wódź mnie na pokuszenie;
ale mnie zbaw od złego.

Nigdy w ten sposób nie patrzyłam na tę modlitwę, że to nie mój, mi, mnie, ale nasz, naszego, nam! W tej modlitwie modlę się również w imieniu innych. Tych, którzy wierzą, że modlimy się do "Ojca naszego" i tych niewierzących w to, że "nasz Ojciec" w ogóle istnieje!

Dziękuję najpierw Bogu i również Wam za dar bycia wśród Was, wspólnego dążenia, by Chrystus był w centrum naszego życia.

Korzystajmy w pełni z bycia we wspólnocie, zapraszajmy do niej innych i cieszmy się z niej, bo nie wszystkim taka łaska jest dana!

Maria
Świadectwo Grzegorza

Od jakiegoś czasu nosiłem się z zamiarem opisania historii swojego nawrócenia. Sama w sobie jest ona wstydliwie banalna. Mam nadzieję do tego stopnia, że jej dojmujący brak wyjątkowości zwiększa szansę, że dotyka ona doświadczeń podobnych do twoich.

Na studia wszedłem jako człowiek praktycznie niewierzący i niepraktykujący. Dla uniknięcia sporów pozorowałem pobożność wobec bliskich. Nie radziłem sobie z nauką. Kompulsywnie oddawałem się rozrywkom takim jak internet, gry, czy książki. Nie potrafiłem budować zdrowych relacji z innymi ludźmi. Paradoksalnie te i inne trudności były dla mnie zbawieniem. Kiedy zorientowałem się, że nie mogę dalej trwać w takim stanie, choć wtedy jeszcze nie zdawałem sobie z tego sprawy, zacząłem szukać kogoś, komu mógłbym to wszystko powierzyć. Przyjaciele, rodzina, ktokolwiek nie byli odpowiednimi adresatami. Wstydziłem się w szczerej rozmowie przyznawać do swoich słabości. Na samym początku nie miałem jeszcze wystarczająco dużo siły ani odpowiednio głębokiej motywacji, żeby samemu zmieniać moje życie.

Tak zacząłem się modlić. Na początku były to myśli bez adresata. Potem coraz konkretniej i w sposób coraz bardziej dojrzały modlitwy kierowałem do Boga Ojca, rzadziej Jezusa. Dla dopełnienia obrazka, te chwile skupienia zdarzały mi się najczęściej, gdy moi znajomi od niedochodzenia na mszę św. mieli coś lepszego do roboty(studiowałem w rodzinnym mieście), praktycznie co tydzień miałem prawie 2 godziny na świeżym powietrzu, które coraz częściej poświęcałem na obserwację nocnego nieba... i modlitwę. W tym czasie modlitwa zaczęła przynosić drobne aczkolwiek wymierne efekty, szczególnie jeśli chodzi o otwieranie się na dalsze zmiany. Z przekorą nazwę to silnym efektem psychologicznym.

W międzyczasie, podczas jednego z naprawdę nielicznych sakramentów pokuty z tego okresu. Sakramentu przyjmowanego dla świętego spokoju w okresie świąt Wielkanocnych. Słowa spowiednika trafiły do mnie tak mocno, że jeszcze przez miesiąc odbijały się echem w mojej głowie. W końcu zawstydzony swoim postępowaniem powiedziałem "Dość!". Pożegnałem się z kolegami i zacząłem regularnie chodzić na msze święte. Najpierw stojąc w przedsionku, potem coraz pełniej uczestnicząc w mszy świętej. Proces oswajania był naprawdę długi. Pewnie was to trochę rozbawi, musiałem się ponownie nauczyć robić znak krzyża. W takim stanie trwałem przez jakiś czas. Spełniałem formalne wymogi stawiane przez kościół katolicki. Otucha, którą otrzymywałem, wystarczała, żeby poprawiać wyniki w nauce, poznawać wartościowych ludzi i gdy tylko Boża łaska na to pozwalała otwierać się bardziej na wiarę w Niego. Sakramenty pokuty ciągle były niezmiernie rzadkie ale tęsknota do pojednania stawała się stałym elementem mojej duchowości.

Następnym kluczowym momentem mojego nawrócenia była decyzja o pójściu na pielgrzymkę do Częstochowy. Od tego momentu zaczęło mi towarzyszyć wrażenie, że Duch Święty coraz częściej kieruje moim życiem. Mój znajomy od wypadów w góry, podczas jednego z nich, zaczął opowiadać jak taka pielgrzymka wygląda. Zainteresowały mnie dwie rzeczy: dystans do pokonania i spanie pod gołym niebem. Muszę dodać, że w tym czasie ważyłem około 110-115 kilogramów, wielodniowe wędrówki naprawdę były dla mnie wyzwaniem. W ostatnim momencie zdecydowałem się. Wyruszyłem w drogę. Było ciężko, nogi mi puchły tak, że nie mogłem zasznurować butów, bolały mnie stawy i stopy. Każdy krok wiązał się z przeszywającym bólem, gdy tylko stawiałem stopę na ziemi. Szczęśliwie w połowie drogi skręciłem sobie nogę w kostce, na drugi dzień z fioletową stopą i podejrzeniem złamania pojechałem na sygnale do szpitala: gips i 2 tygodnie wolnego. Mocne postanowienie, że za rok dojdę i pierwsza spełniona intencja: Nowa Praca.

Następny rok minął zanim się obejrzałem, przyszedł czas następnej próby. Pełen nadziei gotowy powtórzyć powierzenie intencji Bogu ruszyłem z braćmi w podróż. Był to naprawdę dobry czas. Mimo, że słaba kondycja ciągle dawała się we znaki, przeszedłem całą trasę z radością a niewygody tylko pomagały lepszym przeżyciu tej Drogi.

Zaciekawiony opowiadaniami przyjaciela poznanego na pielgrzymce, zacząłem uczestniczyć w kursie odnowy wiary w Duchu Świętym. Tam zacząłem na nowo poznawać Ewangelię. Dzięki regularnym seminariom, modlitwie i grupkom dzielenia moje nawrócenie przestało przypominać błądzenie we mgle. Zamiast "przypadkiem" odkrywać szeroko pojęte prawdy wiary, zacząłem świadomie i aktywnie szukać lepszej relacji z Bogiem.

Nie trzeba było długo czekać, od tego czasu sprawy zaczęły się toczyć w zawrotnym tempie. W ciągu roku w doskonałym zdrowiu w niewyjaśniony dla mnie sposób schudłem 30kg. Obroniłem zaległą prace magisterską. Zacząłem regularnie chodzić do spowiedzi, w pełni uczestniczyć w Eucharystii. Teraz dalej pogłębiam swoją wiarę i zachłannie czerpię z niej siłę i łaskę każdego dnia.

Chciałbym zakończyć tą opowieść morałem. Jedyne co mi przychodzi do głowy to nie wahaj się. Korzystaj z każdej okazji, żeby pogłębić swoją wiarę. Jedno uczciwie przeżyte seminarium odnowy wiary, bycie częścią wspólnoty lub piesza pielgrzymka jest jak 5 lat samotnych poszukiwań.

Grzesiek
Świadectwo Agnieszki

Krótki wstęp do mojego świadectwa dopisuję na końcu, bo łatwiej mi to zrobić po złożeniu w całość dalszej części. Napisałam niżej o tym, jak Pan Bóg prowadził mnie przez seminarium odnowy życia w Duchu Świętym, choć sprowadza się to równie dobrze do tego, jak On działa i przemienia mnie w całym życiu. Napisałam to w przekonaniu, że jestem bardzo zwyczajnym przykładem kogoś, kto spotyka Chrystusa na co dzień, przechodząc przez najzwyklejsze drogi życia. A na tych drogach nierzadko stoi krzyż, który, z mniejszym lub większym wysiłkiem, ale zawsze z łaską Bożą i Jego miłością, podźwigam.

Tak samo zwyczajna, choć bardziej zalękniona, byłam parę lat temu, kiedy zaczynałam swoje seminarium odnowy wiary, na które zresztą zdecydowałam się w dużej mierze z przekory, ponieważ ruchy charyzmatyczne w Kościele traktowałam z dystansem. To był dla mnie czas bardzo trudny i niełatwo było mi otwierać się na Boże działanie. Z jednej strony, kończyłam wtedy studia, więc zaczynałam jakiś nowy etap. Nieznany, ale stanowiący wyzwanie, które lubię, więc wiązał się z nim taki pozytywny dreszcz emocji. Z drugiej strony, byłam wtedy po uszy uwikłana w sprawy z przeszłości: nieudane małżeństwo moich rodziców, brak dialogu w domu, niedostateczna relacja ojciec-córka i brak wzoru ojcostwa, alkohol, gwałtowność, przemoc. Jako dorastająca nastolatka usłyszałam o tym że w wyniku aborcji dwójka mojego młodszego rodzeństwa nie przyszła na świat. W oczach mojej, bardzo wtedy zagubionej i osamotnionej, mamy chyba miał to być dla nich ratunek przed trudem życia. W kontekście tego tym bardziej dziękuję Jej za dar mojego życia!

Po latach nastąpił burzliwy rozwód i konsekwencje tej decyzji. Wszyscy wyszliśmy z tego poranieni, a ja wiele z siebie oddawałam wtedy mojej mamie, ale, choć się spalałam, nie umiałam pomóc jej w depresji. Poza tym miałam problem z lojalnością w równym stopniu wobec obojga rodziców. Prawie każda moja decyzja i próba wyjścia do jednego z nich wiązała się z ranieniem drugiego. Niemożność sprostania tej sytuacji i poczucie, że stoję w miejscu ze związanymi rękoma, wyrażała się trudnościami emocjonalnymi i lękami. W gruncie rzeczy sama potrzebowałam pomocy, choć nie umiałam się do tego przyznać.

W te zawirowania życiowe zaprosiłam Pana Boga w Jego Duchu. Nie sama z siebie i nie w jednej chwili, bo dojrzewanie wiary to we mnie bardzo długi proces, a w nim zupełnie bezcenna jest zasługa przyjaciół. Niektórzy do dzisiaj nie zdają sobie sprawy z tego, jakich przemian Pan Bóg dokonał poprzez ich obecność... Zaprosiłam więc Boga, a ponieważ On nigdy nie pozostaje bierny na moje wołanie, przyszedł, choć nie dał mi gotowego rozwiązania. Nigdy nie miałam większych wątpliwości, że widocznie jest w tym jakiś Boży plan, ale nie do końca rozumiałam, dlaczego taki, a nie inny, bo nie uzdrowił w jednej chwili tego, co mną w tym czasie targało. Jednak powoli prowadził mnie do zrozumienia, że On nie tyle mnie wysłuchał, ile poszedł o krok dalej, tyle że strategia Jego działania pozostaje tajemnicą, pozwala mi widzieć tylko małe odcinki drogi, te, które jestem w stanie ogarnąć swoim wzrokiem, nigdy nie odkrywając z góry całości. Musiałam Mu po prostu zawierzyć, przestać liczyć tylko na siebie, tym bardziej, że już wiele razy się przeliczyłam. Zapętliłam się po trosze w błędnym kole, bo chciałam co prawda uwolnić bliskich i siebie od cierpienia, ale dążąc do tego, często kierowałam się bardziej miłością własną niż pragnieniem faktycznego ładu i pokoju serc. A ponieważ takie egocentryczne nastawienie zawsze bywa nieskuteczne, w efekcie i mnie ogarniało przygnębienie, zniechęcenie, czasem rozpacz. Narastał lęk, a on dokonuje jakichś naprawdę niedobrych zmian we wnętrzu człowieka. Poza tym, łapałam się na tym, że chcę coś robić, działać, rozmawiać z ludźmi, udzielać rad, pomagać, stale być w akcji, a za mało czasu poświęcam na pielęgnację mojej indywidualnej relacji z Panem Bogiem, a już najmniej na dziękczynienie. A okazji do dziękowania miałam (mam!) mnóstwo i na każdym rogu.

Potrzebowałam czasu, zanim uświadomiłam sobie te mechanizmy, ale w końcu otworzyło mnie to na łaskę i skierowało mój wzrok na autentyczność Bożej Miłość do mnie, szczególnie gdy te swoje bóle przyłożyłam do krzyża, razem z tą myślą, że Jezus zgodził się umrzeć na nim bynajmniej nie z upodobania do cierpienia, ale po to, by z krzyża uczynić źródło życia i znak miłości, i że dzięki temu tak naprawdę już dzisiaj mam udział w zbawieniu. Dla mnie to był taki moment, kiedy podjęłam ryzyko wiary, za którym szła obietnica, że cel, który mam do osiągnięcia, nie jest jakimś złudnym i nieosiągalnym ideałem, ale czymś na wyciągnięcie ręki. Zawierzenie tej Tajemnicy okazało się odkryciem radości życia.

Rola seminarium jest w tym o tyle ważna, że to wtedy Duch Święty przełamał we mnie opór i obudził bardzo proste uczucie radości. Spotkani ludzie, ich modlitwa za mnie i postawa wiary, a szczególnie wspólna modlitwa uwielbienia, nauczyły mnie dziękczynienia, a ono zmieniło mój sposób postrzegania świata i wprowadziło do mojego serca więcej pokoju i pokory wobec toczących się spraw. To był czas, w którym nie po raz pierwszy, ale chyba dużo głębiej, uprzytomniłam sobie, że znak obecności Boga w moim życiu znajduję wszędzie, bez znaczenia, czy jest to radosne czy smutne, bo z tego On także wyprowadza dobro. Dostrzegłam, że to, co sprawia ból, nierzadko wymaga ode mnie więcej i dlatego może stać się okazją do wzrostu. Mimo stale obecnej we mnie nadwrażliwości i wciąż jeszcze nieuporządkowanej emocjonalności, Pan Bóg doprowadził mnie do akceptacji pewnych spraw, które wcześniej chciałam odmienić, jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki. A przecież o pewne rzeczy mogę i powinnam walczyć, ale nie mogę zmienić wszystkiego i wszystkich. W końcu moja bezsilność staje się przestrzenią pozostawioną na działanie Boga, w którą On zawsze wchodzi i wprowadza swój porządek rzeczy, o niebo lepszy niż ten, który sama byłabym w stanie osiągnąć. Bo, na szczęście, logika Bożej miłości nie zawsze idzie w parze z moim tokiem myślenia. Wyrównuje moje ścieżki.

Agnieszka

Droga na FB